O filozofowaniu, autentyczności, projekcie PSALM i szkole

Filozofuj filozofie póki ktoś Ci dupę skopie

mawiali makabimsko-hasmoneuscy Machabeusze pod koniec każdej z rytualnych kłótni o zapis historii Chanuki.

Zasady mieć to bardzo ważna sprawa. Można powiedzieć, że bez zasad ani rusz!

Problem pojawia się, gdy zasad ma się więcej niż minut w godzinie i tych godzin w dobie (60×24). Rozmowy o życiu z ludźmi są fajne, ale nie dlatego, bo znają wiele teorii czy słyszeli o ludziach, którzy mieli różne zasady. One są ciekawe wtedy, kiedy ktoś żyje jakąś zasadą i może się do niej odnieść. Serio, lepiej mieć zasad w życiu 5 i nimi się kierować niż 100 i o nich tylko mówić. Z rozmyślań nad życiem życie nie wypływa, a filozofia nie ma sensu bez życia jej mądrością. Nie ma sensu istnienia :) Tak więc życie się kończy tam, gdzie filozofia zaczyna, filozofia zaczyna tam, gdzie życie kończy, ale dla płynności musi się coś zaczynać i kończyć po to, żeby nowa filozofia mogła wejść w życie i znowu się… skończyć. W mojej głowie brzmi to bardzo logicznie. Tu o filozofowaniu i życia kończeniu przez przefilozofowanie (można traktować jak wykład, robić notatki, odtwarzać po 5 razy):

AUTENTYCZNOŚĆ I AUTENTYZM

Autentyczność to zgodność z rzeczywistością, szczerość i prawdziwość.

Autentyzm to też zgodność z rzeczywistością, ale i przedstawienie sztuki w sposób prawdziwy i wierny rzeczywistości oraz określenie na kierunek „w polskiej literaturze międzywojennej, uznający za przedmiot twórczości jedynie osobiste przeżycia autora” (SJP, PWN).

Więc autentyczność albo autentyzm w pierwszym znaczeniu to jest to na czym się skupiam teraz. Chcę się kłócić tak jakby Jezus (3D, widoczny i ciężki) stał obok i mógł się wtrącić, chcę się modlić [publicznie] tak jak moje serce faktycznie się modli, a nie żeby było to ładne dla innych. Chcę, żeby moje „Niech Cię Bóg błogosławi” było tak samo autentyczne jak moje „pocałuj mnie w dupę” – oto moja jużnietaknowa dewiza życiowa.

Wymyśliłam projekt „psalm” i nazwałam go projektem zamiast postanowieniem, bo brzmi praktyczniej – i śpiewam psalmy na mszach w kościołach – tam gdzie jestem – albo wtedy jak bardzo, ale to bardzo mi się nie chce albo wtedy jak bardzo mi się chce – bez filozofii w tym, tak po prostu mam, że jak bardzo mi się nie chce to się zmuszam, bo stwierdzam że coś jest nie tak. I śpiewam te psalmy na melodię wypływającą z słów (refren dla ludzi jest stały, ale melodia jest tzw. improwizacją) i serio się wtedy moje serce modli. Jestem wtedy taka jaka jestem, nie występuję, nie patrzę na to czy myślą o mnie teraz dobrze, po prostu modlę się psalmem. I to co robię nie jest niczym gorszącym, nie śpiewam na melodię Britney Spears, więc jeśli nie podoba się komuś to trudno, ja wierzę, że prędzej psalm trafi do innych jak „prowadzący go” będzie się modlił słowami psalmu niż jak go wyduka na tradycyjną nutę bez przekazania go ludowi i po mszy zarówno on jak i ludzie nawet nie będą pamiętali, że był psalm a co dopiero o czym on był… Jak się nie przyłożysz to szybko zapomnisz, brzmi jemeńskie powiedzenie. Więc będę kontynuować mój „projekt” i w Anglii i w Polszy i tam gdzie mnie poniesie. Uważam, że jest Boży i nie dam się zniechęcić.

Ostatnio miałam dużo nieoddanych prac na jeden przedmiot i nie zrobiłam ich, utknęłam na jednej i nie mogłam ruszyć i normalnie bym napisała, że już prawie kończę (tak, skłamałabym :P) i wyślę niedługo. Ale tym razem stwierdziłam, że przeca ziemia jest tyci tycia, ja tej sytuacji za miesiąc i tak nie będę pamiętać i jeśli chcę sobie wytatuować autentyczność na czole, to muszę autentycznie napisać jak sprawa wygląda i będzie co będzie… I poleciał mejl „Drogi (nauczycielu), przykro mi, ale praktycznie nic nie zrobiłam na nasze zajęcia, męczę się z (zadaniem X), ale próbuję cały czas i do północy postaram się coś wysłać, ale do wszystkiego mi daleko”. No i nic się strasznego nie wydarzyło, napisałam prawdę, zrobiłam jak napisałam i mogę żyć nie plując sobie w brodę, że kłamałam bez sensu.

I mimo, że uznaję Biblię od A do Z (nie wywalam też ksiąg jak mi się nie podobają :P) i Ewangelia Marka 9,42 mówi, że „kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze” to nie jestem święta i świętej nie zamierzam udawać. Żeby szanować ten werset mogę jedynie trzymać się autentyczności i faktycznie mówić te rzeczy, w które wierzę i przyznawać się do tego, co uznaję za prawe i dobre.

Człowiekiem nikczemnym jest i nicponiem:
kto chodzi z kłamstwem na ustach,
oczyma strzela, szurga nogami,
palcami swymi wskazuje;
a w sercu podstęp ukrywa,
stale przemyśliwa zło,
jest podnietą do kłótni.
Dlatego nagle zagłada nań przyjdzie:
w mgnieniu oka zniszczony – i nieodwracalnie.

Księga Przysłów 6,12-15 o przewrotności. Autentyczność jest dużo prostsza od przewrotności. Wystarczy być sobą.

Catholic Pope’s uncatholic video

Hello everyone,
it’s jestemkabat (meaning: I am Kabat) and I am now starting to write stuff in English here :D

Get ready, it shall never be too long, politically (and English) correct nor funny.

My first English jestemkabat blog post is partially a „translation” of my last blogging thingy.

This video has been posted on official vatican’s youtube account:

Why would I reject it?

1st sentence: nobody can believe in nothing, there is no such thing as non-believers. To be able to function you have to be a believer – YOU MUST BELIEVE IN SOMETHING. In wisdom, in goodness, in people, in gods and idols, in sun, in moon, in purpose of life, anything. If you don’t believe in anything, you simply cannot do LIFE. Your psyche rejects to cooperate with your body and you are unable to perform life activities. If you disagree – find a person that doesn’t believe in anything, is alive, wakes up every day, eats, drinks and walks or talks… Since it is impossible not to be a believer, why is the first thing that we hear that ‚most of the planet’s inhabitants declare themselves as believers’? Who cares? What does it change? Most people declare themselves as being alive – that’s 0k. All people should know they are alive and that they are believers. That’s nothing to be happy about that some people don’t realize that.

That was the nice part that doesn’t make me sick :) Now, the rest of the video:

I am not interested in interfaith dialogue! I am interested in Christian Unity, in unity between Christians and Jews, conversion of the Jews and conversion of everyone to Jesus. Because that’s what the Bible talks about. Jesus never says „go to buddhists, learn their philosophy as much as you can, maybe they will ask you one day about your faith, then you’ll mention me… but most of all – live in peace, be open for interfaith dialogues, that’s what I want”. He never says „it is not important who or what you believe in as far as you believe in love”, because it’s HIM who IS LOVE! In Christianity love is personal. Jesus doesn’t put himself in one bag with idols (come on! His Father created the World, He himself Suffered, Died and Rose from the dead for the humankind and some idols that were made up by some lost people are made equal with Him?!).

franczesko

PS Allah shouldn’t be put in the same bag too, He’s the same God Almighty Father not only in Islam but also in Christianity – in Arabic – however in some places like Malaysia Christians were (or still are?) not allowed to refer to their God using the same name as Muslims do :o

Mike Bickle, leader of International House of Prayer in Kansas City asked Pope Francis if he believes that Jesus is the only way to salvation and the Pope confirmed that it’s the only option. That’s something nice and stable for a change… and ending :)

Francesco: papież-mason? Ni krótki ni wierszowany blason.

Mam zaczęte 3 posty (których nie widać na stronie) – do żadnego z nich nie czuję weny ani motywacji, a w głowie 5 ciekawszych pomysłów na kolejne wpisy. Postanowiłam jednak, że skończę najpierw te ciągnące się cegły, a w nagrodę będę mogła napisać o rzeczach bliższych życiu codziennemu :D Ot takie ćwiczenie charakteru.

Mimo iż chciałam stać od tego tematu daleko daleko to po prostu nie da się tu zastosować całkowitej olewki :) Jak z polityką. Zbyt dużo rzeczy do uwzględnienia i rzadko można poprzeć albo skreślić człowieka w 100%.

Mam wewnętrzną pewność, że wiele twierdzeń i stwierdzeń, dekretów, odkrytych i zakrytych sekretów, tez, hipotez czy hipopotez teologii protestanckiej, katolickiej i prawosławnej okaże się w Niebie takim żartem, że popy razem z proboszczami i pastorami będą się turlać ze śmiechu. I to jest mój punkt wyjścia jeżeli chodzi o osądzanie mini-głów kościołów chrześcijańskich (mini, bo Głową Główną jest Chrystus).

Dwa poniższe cytaty, którymi po wyrwaniu z kontekstu można manipulować, są w tym temacie moim pierwszym krokiem od punktu wyjścia. W pierwszym – 1 Kor 10,12 – mowa jest o pokusie, ale myślę o nim też w kontekście pewności, a w drugim – „Śpieszmy się kochać ludzi” J. Twardowskiego – mowa jest o śmierci, ale też wybrane słowa nasuwają mi się na myśl, gdy chcę być zbyt pewna czegoś co niepełne (tak, niepełne – wgląd w serce człowieka z perspektywy człowieka jest niepełny, wgląd w życie człowieka jest niepełny, wszelka psychologia ludzka jest niepełna i właściwie to wszystko co tworzymy i myślimy tutaj, na Ziemi, codziennie, jest niepełne).

Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł.

Pewność niepewna.

Krok drugi: oceniam co wychodzi, ale nie człowieka (nie mówię tu ogólnie o sobie, żem taka ułożona, ale w tej kwestii idzie mi to jakoś). Nie mieszkam w Watykanie, nie znam Franczeska ani jego kumpli watykańskich ani jego wrogów watykańskich – nie mogę człowieka osądzić, ni ma jak po prostu. To wideo poniżej wyszło z oficjalnego konta watykańskiego (pod spodem wersja przetłumaczona, tutaj oryginalna) i szczerze mnie – szokuje, brzydzi i odrzuca. Pojęcia nie mam co się dzieje pod tamtymi pięknymi dachami, ale jak to kiedyś siostra zakonna, z którą jechałam autobusem, powiedziała „jak nad jakimś miastem czuwa jeden diabeł, to nad Watykanem czuwa cała masa”, bo mają z czym i o co walczyć.

Jeśli po obejrzeniu dalej nie wiadomo czemu tak brzydko zareagowałam na to wideo, oto tłumaczę mój proces osądu. Krok trzeci: czytam – w tym wypadku oglądam – konkret (im z pierwsiejszej ręki tym lepiej), po czym robię sobie pranie mózgu i serca z uprzedzeń (zranień) – i badam własne myśli np. czy sobie same nie przeczą.

Podobno człowiek nie byłby w stanie żyć jakby w nic nie wierzył, więc pierwsze zdanie (że większość mieszkańców planety określa się jako wierzących) już mi śmierdzi. Człowiek musi zawsze w coś wierzyć, w dobro/zło, w muchę, w siebie, w sens życia, jak nie wierzy to albo sam świadomie odbiera sobie życie albo organizm zaprzestaje funkcji życiowych kiedy psychika odmawia współpracy.

Nie jestem zainteresowana dialogiem między religiami. Jestem zainteresowana jednością chrześcijan, jednością chrześcijan z Żydami i nawróceniem Izraela plus nawróceniem innych religii do Jezusa. Bo o tym mówi Pismo Święte. Jezus nie mówił „idźcie do buddystów, dowiedzcie się o ich filozofii ile tylko możecie, może oni zapytają Was o Waszą wiarę to wtedy powiecie im o mnie, najważniejsze jednak, że będziecie żyć w zgodzie i prowadzić dialog, tego chcę”. Jezus nie mówił „nie jest ważne w kogo wierzycie, najważniejsze abyście wierzyli w miłość”, bo to przeca ON jest MIŁOŚCIĄ! Nie wrzuca siebie do jednego wora z bożkami (hello! Jego Ojciec Stworzył Wszechświat, a On Cierpiał, Umarł i Zmartwychwstał dla ludzkości i jest stawiany na tej samej półce co wymyślony przez zagubionych ludzi twór?). Taka postawa „obraża moje uczucia religijne” jak to się mówi świecko.

różnice wideo kontra wiara chrześcijańska

PS Allaha do worka pod kreskę miłości też nie można wrzucać, to ten sam Bóg Ojciec, nie tylko w Islamie, ale i w Chrześcijaństwie – w języku arabskim – chociaż np. w Malezji chrześcijanie mieli (albo wciąż mają?) prawny zakaz określania swojego Boga tym samym słowem, co muzułmanie (tak jakby nam zakazali używać słowa BÓG) :o

Wideo to bardziej przypomina New Age niż Christian Church, New Age z kolei wolnomularstwo, fałszywy pokój czasów ostatecznych itp. Ale to nie jest istotne na dzień dzisiejszy, bo to nie ma wpływu na naszą wiarę. Więc nie powinniśmy zajmować serca spekulacjami, bo zły osąd nie jest obojętny dla naszego ducha, a szukaniem zła w kościołach zajmuje się już wystarczająco osób.

Mike Bickle, lider Międzynarodowego Domu Modlitwy w Kansas City, spotkał się z Papieżem Franciszkiem i zapytał o te właśnie hece o zapachu uniwersalizmu, na co otrzymał jasną odpowiedź od Papieża, że Jezus jest jedyną drogą do zbawienia.

Czyni to wszystko o tyle trudniejszym, że nie możemy mówić dzisiaj o niekatolickiej głowie katolickiego kościoła. Ale tak samo jak „pewność niepewna” w krytyce i osądzaniu papieża, tak samo jest ona niepewna w popieraniu go. I tak jak z innymi liderami, trzeba być trzeźwym i rozeznawać jego konkretne działania/wypowiedzi modląc się za niego. Pamiętać przy tym, że nie mieszkamy w jego sercu ani domu (więc nie mamy pełnego obrazu) i w momencie przejścia z życia do Życia będziemy odpowiadali za siebie, i zwalenie odpowiedzialności na papieża mało da, bo po to Bóg dał nam swoje Słowo, żeby na Nim opierać swoje życie, a nie na życiu innych LUDZI.

Kto się nie modli za papieża – nie ma głosu – a kto się modli – wie, że zbyt mało wie, by człowieka potępić.

Hej do przodu, hej przed stado

Wydaje mi się, że często problemem w rozpoczęciu działania jest strach przed tym, że zostanie się osądzonym. Że pójdzie plota, że się chce sławy, że się nie jest skromnym, że się bierze na siebie za dużo, że się nie jest wystarczająco zdolnym do danej ambicji, projektu, planu czy pomysłu. Chęć zrobienia czegoś zupełnie nowego zbyt często spotyka się z negatywnym zniechęcaniem. Nie można być oryginalnym i innym, bo jeśli się popełni porażkę to owa oryginalność otrzymuje nalepkę dziwaka :) Tzn. jak Twój śpiew przypomina gruchanie gołębia i spróbujesz wyjść z tym na świat, a telewizja uzna to za wspaniały talent i uzyskasz grono fanów – jesteś doceniony artysta. Ale jak ten sam gołębi śpiew zostanie odrzucony przez jury bycia cool, a prezentować go będziesz pod kabackim Tesco – jesteś dziwak bez talentu.

Tym sposobem tak wielu (w tym niestety ja :o) boi się wyjść z czymś nowym, niepewnym, niedużym, niekonwencjonalnym, bo boi się tej ot porażki. A jeszcze bardziej boi się reakcji ludzi na ową porażkę. Bo ludzie gadają. I to tak gadają, że och och! Tylko, że wtedy można pomyśleć sobie o tych ludziach co gadają o cudzych porażkach. Przeca, żeby móc plotkować trzeba mieć na to i czas i głowę – a jak ktoś ma miejsce w głowie na blablanie o porażkach innych to znaczy, że nie ma jej zajętej przez nic sensownego. A jak ktoś ma czas na takie krytykowanie, to znaczy, że sam zbyt wiele nie robi. Więc jak to możliwe, że ludzie z ambicjami i sercem do nowych pomysłów są powstrzymywani przez ludzi, którzy sami marnują życie? Ciekawe jest to, że jak ktoś nie zajmuje się swoim życiem to interesuje się życiem innych, a gdy już interesuje się życiem innych to wydaje mu się, że zamienia się w „znawcę wszystkiego”. W rzeczywistości rozumie mniej niż by rozumiał zajmując się tylko sobą.

Może być tak z tym przejmowaniem się, że ci „wrażliwi ambitni” nie przekreślają tak łatwo „krytykujących leniów” jak lenie przekreślają ambitnych. Nie stawiają ich pod kreską (choć powinni), bo nie zajmują się życiem leniów, więc nie zakładają tego, że lenie nic o sukcesach nie wiedzą, przez co wydaje się, że to całe zniechęcanie ma sens. Ale trzeba się wdrapać pod górę i zobaczyć kto buduje, a kto burzy i jaką wartość mają ci ludzie. Zobaczyć z odpowiedniej perspektywy moc zachęcenia i moc zniechęcenia.

Z mojego miasteczka znam jedno rodzeństwo, które nie boi się porażki i robi to, co chce. Jednocześnie najśmieszniejszą, najsmutniejszą, najgłupszą i najdziwniejszą rzeczą była/jest ilość plotek o nich. Aktualnie nie znam ich statusu, ale „za czasów szkolnych” to było coś, co mnie szokowało jak masoneria w Watykanie (bardzo). Nic nikomu złego nie zrobili, do przodu szli, ambicji i pewności siebie im nie brakowało. Jak spadali to spadali, ale w ogóle się tym nie przejmowali i byli i są jednymi z najbardziej niezależnych ludzi jakich znam. Szczerze i pozytywnie zazdroszczę im tego. Niezależnie od tego jak bogaci są czy będą, niezależnie od sławy jaką zdobędą, ich szczęście jest oddzielone od innych. Ich samopoczucie nie zależy od sąsiada ani od negatywnej wiadomości. Nie zbierają pokemonów, nie wypłukują sobie rozumów, po prostu żyją hej do przodu i niosą ze sobą moc motywacji.


pitts

Poniżej pigułka pozytywnych tekstów dla głowy. Hop!

Największą motywacją do życia jest świadomość, że gdzieś tam jest ktoś, kto widzi w Tobie więcej niż Ty sam w sobie widzisz.

czyli odwrotność tego czym jesteśmy zasypywani – że gdzieś tam są ludzie, którzy widzą w Tobie mniej niż Ty sam w sobie widzisz. Trzeba więc to, co negatywne, zastępować pozytywnym. Każdą złą myśl da się obrócić w dobrą.

Ten głos w Twojej głowie, który mówi że nie dasz rady kłamie.

Zgubić się to żaden wstyd. Wstydem jest nie szukać właściwej drogi.

10 SZYBKICH ZASAD ZDROWSZEGO ŻYCIA

Mniej alkoholu – więcej ziołowej herbaty
Mniej mięsa – więcej warzyw
Mniej soli – więcej octu
Mniej cukru – więcej owoców
Mniej połykania – więcej żucia
Mniej słów – więcej działania
Mniej chciwości – więcej szczodrości
Mniej zamartwiania – więcej spania
Mniej jeżdżenia – więcej chodzenia
Mniej złości – więcej śmiechu

Umówiłbyś się ze sobą na randkę?

Jeżeli wszystko Ci się udaje, to znaczy, że nie robisz niczego nowego…

I ciąg dalszy od Einsteina:

Tylko głupcy oczekują innych rezultatów robiąc wciąż te same rzeczy.

Kiedy się budzisz, są dwie możliwości: spać dalej i znów marzyć, albo wstać i te marzenia spełniać.

WILL SMITH CIEKAWIE POWIEDZIAŁ NA CZYM WYSTARCZY SIĘ SKUPIĆ:

Kluczem do życia jest bieganie i czytanie. Kiedy biegasz jest taki mały człowieczek, który do Ciebie mówi: jestem zmęczony, zaraz wypluję swoje wnętrzności, jestem tak bardzo zmęczony, nie dam rady biec dalej. I masz ochotę się poddać. Kiedy nauczysz się pokonywać tego małego człowieczka, gdy biegasz, nauczysz się, jak się nie poddawać, gdy rzeczy w Twoim życiu staną się naprawdę trudne. Bieganie to pierwszy klucz do życia.


Czytanie. Powód, dla którego czytanie jest takie ważne. Gdzieś tam były miliony milionów ludzi, którzy żyli przed nami wszystkimi. Nie ma żadnego nowego problemu, który możesz mieć. Z rodzicami, ze szkołą, z chłopakiem, z czymkolwiek innym, nie istnieje problem, który możesz mieć, a którego już ktoś wcześniej nie rozwiązał i nie napisał o tym książki.

 

O dwóch kobietach

Od paru lat podziwiam dwie kobiety. A podziwiam je w bardzo podobnych rzeczach. Obie jako jedne z niewielu na tym świecie potrafią mi PRZEMÓWIĆ DO ROZUMU. Chociaż nie zawsze… Tylko im nie podobał się mój pomysł wyjazdu do Anglii na studia. Ale, jak wiadomo, nie udało im się mnie przekabacić.

Obie są żonami liderów chrześcijańskich i Mike Bickle mówił o nich jak mówił, że żony liderów będą najbliżej Boga, bo w trakcie kiedy oni (liderzy) nauczają, one robią to, o czym oni mówią. Tutaj nastąpiła wielka ma parafrazotwornia, bo nie mogę znaleźć tego kiedy to mówił.

Ich MĄDROŚĆ ŻYCIOWA jest po prostu powalająca. Znają rozwiązanie na każdy problem, każde zmaganie i samopoczucie. Zawsze mówią całkiem co innego niż reszta ludzkości. Ich rady zdecydowanie nie są od parady i gdyby świat ich słuchał to wyglądałby o wiele lepiej. Mają głowy i serca otwarte ponad podziały, ale mądrość utrzymuje je stale w jednym światopoglądzie. Potrafią się POŚWIĘCAĆ, ale wiedzą też kiedy wziąć byka za rogi i samemu WALCZYĆ o to, co ważne.

Obie są matkami trzech córek. Przypadek? :) To jednak nie wszystko. Różnica wieku owych córek jest dokładnie taka sama, a najstarsze grają na flecie poprzecznym. Oho!

Znają swoją wartość i ELEGANCJE niosą zarówno w sobie, jak i na sobie, ale gdy trzeba potrafią PRZEJŚĆ PRZEZ BŁOTA RZEKĘ. Potrafią przebywać w praktycznie każdych warunkach i rozmawiać z ludźmi wszelkiego pokroju.

Obie mają problemy zdrowotne z tej samej półki – może z niej ta mądrość?

I jeszcze coś ich łączy, dla mnie nie do pojęcia i dla książek gimnazjalnych z WOSu też nie do pojęcia. NIE MAJĄ FOBII PRZED ŚMIERCIĄ. Mówią o niej tak gładko i prosto, że ciary po całym człowieku przechodzą.

Mimo, że nigdy się nie spotkały to wpływ na mnie przeogromny mają i miały. A każdy, kto się na którąś z nich natknie kiedyś w życiu niech wie, że go zaszczyt kopnął niemały.

Na ich przykładzie robię listę co potrzeba by osiągać sukcesy w dziedzinie „radzenie sobie z życiem codziennym”: trzeba się modlić, trzeba czytać dobre książki mądrych ludzi kierujących się tymi samymi wartościami, ale bardzo różnych, trzeba myśleć samemu kiedy się czyta Biblię i kiedy się słucha wiadomości, trzeba znać swoją wartość i nie pozwalać nikomu jej ruszyć. Ważne jest mieć swoje zdanie i choćby nie wiem jak by ono było niezgrywające się z danym otoczeniem – nie zmieniać go. To buduje stabilność i świadomość tego kim się naprawdę jest. Przez to, że jestem najmłodsza w rodzinie w pewnym okresie mego życia moim problemem było „nie wiem co uważam”. Kłóciłam się nawet jak nie byłam pewna czy się przypadkiem nie zgadzam :) I w momencie, kiedy zaczęłam ustawiać swoje zdanie od malutkich, podstawowych rzeczy zaczynając – mój problem prysnął. Wiem co wiem i jak czegoś nie wiem to też wiem, że nie wiem. I bardzo dobrze mi z tym. Żeby być godnym naśladowania należy z mądrością kategoryzować sprawy na te godne uwagi i na te, które można po prostu ominąć. Istotna jest również umiejętność mówienia – mówienia prostego, prawdziwego i sensownego. I prostolinijność, o nią też powinno się zabiegać u siebie. Należy być otwartym na drugiego człowieka, ale trzeba myśleć przy tym, żeby akceptując człowieka nie przyswajać zła, które mu się do buta przylepiło. Należy odpowiednio się odżywiać (zakwaszać żołądek, ale nie zakwaszać organizmu, jeść dużo zup, warzyw, naturalnych witamin). Dbać o zdrowie nie tylko swoje ale i rodziny i znajomych, troszczyć się o nich. Odpuszczać winy, nie ciągnąć smrodu za nikim, bo nigdy nie wiemy czy ktoś nie załatwił już tej sprawy z Bogiem. A to przed Nim przecież odpowiadamy nie przed sobą nawzajem. Spełniać marzenia i zachęcać innych do spełniania marzeń. Mówić otwarcie o swoich błędach i przestrzegać innych przed ich popełnianiem. Nie szerzyć zranień, nie plotkować, nie rozpowiadać jak bardzo zostało się przez kogoś zranionym – to rani kolejną osobę.

1

O chrzcie niemowlaków

Jedną z mniej chlubnych ról (aczkolwiek kluczowych) protestanta to zaprotestować przeciwko temu, co mu nie pasuje w Kościele Świętym Powszechnym Apostolskim (/Katolu Betonie).

Ja z kolei (piszę to jadąc pociągiem, stąd kolej) chciałabym zaprotestować przeciwko protestowi przeciwko chrzczeniu niemowlaków. Miesiąc temu otrzymałam bowiem niezwykle zaszczytny tytuł wraz z funkcjami „Matki Chrzestnej”. Ponieważ nie podejmuję się zadań, w które nie wierzę, postanowiłam zapoznać się lepiej z protestem protestantów i zwiększając perspektywę odnieść się do niego.

Nienajsłodszym językiem przedstawiłam jak mniej więcej według protestantów, zielonoświątkowców i członków wolnych kościołów charyzmatycznych wyglądają różnice podejścia do chrztu w obu denominacjach.

piwnica i parter

Określenia „piwnica” i „parter” zostały dodane przeze mnie, żeby móc lepiej zobrazować mój, następujący pogląd:

piwnica i parter i pierwsze pietro

Moje zdanie, jak to zazwyczaj bywa, gdy przedstawia się na blogu swoje opinie, mam za najmojsze, mojszość przewyższa w moich oczach ichszość czy pewnie i Twojszość. Ale to nie powinien być problem, bo przynajmniej wiadomo, że naprawdę wierzę w to, co uważam i uważam to, w co wierzę. Chrztu dorosłych nie umniejszam a chrzest dzieci wynoszę w górę wrzucając owe myśli w internety.

Żydzi mieli swój rodzaj obmycia rytualnego zanim pojawił się chrzest chrześcijański i nie wykluczał on noworodków. O chrztach całych domostw czytać można w Nowym Testamencie, a o zakazie udzielania chrztu maluchom nie ma nic.

Tradycja może ratować od zboczeń, wykroczeń, zwiedzeń… Ale może też zaślepić niejednego – wydawałoby się, że przeciw niej – walczącego. I tak, nawet jeśli poziomy „piwnica” i „parter” zostawię nienaruszone to i tak oba sprowadzą się do religijności będąc zamkniętymi na pełną moc chrztu, bo im więcej protestanckości w protestantyzmie, a katolickości w katolicyzmie tym gorzej.

chrzest zm

Jak jest w Anglii i czemu nie tak cool

Mieszkanie za granicą wyleczyło mnie z „takie absurdy tylko w Polsce” :) Bo absurd absurd pogania co chwilę i wszędzie. Jako iż żywa ze mnie patriotka pozwolę sobie na trochę zdrowego, polskiego narzekania. A nuż to kogoś przestrzeże przed emigracją albo pomoże docenić stare śmieci :)

ANGLYA KONTRA POL’SHA

Co lepsze w Polsce:

BANK – aby założyć konto należy umówić się na spotkanie (+minimum 1 tydzień), podobnie jak w Polsce większość banków zamkniętych w sobotę

POCZTA – przeważnie w jakimś sklepie albo połączona ze sklepem, brak stolików, czasem jakiś mały nieporęczny blat się trafi, ceny z kosmosu, list do kanady polecony priorytetowy ponad miesiąc potrafi lecieć, podobnie z Polski, zasady nie ma, raz jest dobrze, raz bardzo bardzo bardzo powoli i niedobrze

KIEŁBASA, FETA, CHLEB, MAKARON, SER BIAŁY, WOŁOWINA, WIEPRZOWINA, BARANINA, CZOSNEK, SAŁATA, ŚMIETANA, SZYNKA, ZIEMNIAKI – moja czarna lista rzeczy, których tutaj nie jem

PRZYPRAWY – jak się nie jest z Indii to się nie przyprawia

LEKARZE – paracetamol na gorączkę, zapalenie czegokolwiek, wymioty, ból kolana, paracetamol to ulubiony lek lekarzy angielskich, a żeby dostać się do tego lekarza, żeby mógł powiedzieć, żeby zażywać owy paracetamol, należy czekać 1,5/2 tyg. Czyli zdąży się wyzdrowieć za ten czas. Pielęgniarki funkcjonują tu jak lekarze. Jak się nie zdycha na oczach recepcjonistki to zapisze do pielęgniarki.

KFC – tłuste wszystko, frytki fuj

POCIĄGI – CENY I PUNKTUALNOŚĆ – duże ceny, marna punktualność

CENY KOMUNIKACJI MIEJSKIEJ – wysokie jak Big Ben

JEDNOKULTUROWOŚĆ – tutaj brak, więc jest lepsza w Polsce niż w Anglii – ale czy jednokulturowość jest lepsza to inna sprawa

Co lepsze w Anglii:

WIELOKULTUROWOŚĆ – ale czy wielokulturowość sama w sobie jest lepsza to już osobna kwestia

UTRZYMANIE (I KUPNO) SAMOCHODU – w porównaniu do transportu publicznego, który jest b. b. drogi

TEMPO BUDOWANIA – a na budowie prawie sami Polacy

KIEROWCY – nie mam pojęcia dlaczego, ale dużo lepiej jeżdżą i jest o wiele mniej wypadków. O te statystyki pokazują, że śmiertelnych ofiar wypadków drogowych jest tutaj trzy razy mniej.

CENY JEDZENIA – w odniesieniu do zarobków w Anglii

SYSTEM PŁACENIA ZA STUDIA – studia są płatne, ale każdy może dostać pożyczkę od rządu, którą będzie spłacał, jeśli po skończeniu studiów jego zarobki przekroczą 21 tys funtów rocznie. W Polsce edukujemy się za darmo po to, żeby potem wyjechać i rozwijać gospodarkę innych krajów, a Polska na tym wychodzi jak ten frajer – wykształciła, wydała piniondz i nic a nic z tego nie ma. Mogłoby być tak, że jeśli ktoś zostaje w kraju to nie musi spłacać tego kredytu, a jeśli wyjeżdża to tak.

CRUMPETS

O wybaczaniu

Wszyscy nawalamy. Co chwilę. Każdy w swojej działce. Jeśli ktoś inny nawala w nie naszej kategorii to mamy większy problem z przebaczeniem. A przecież różnica jest niewielka. Człowiek człowiekowi jest równy: wszyscy połamani psychicznie. Tylko sposób patrzenia może być różny.

Jeśli sama przejadę psa na drodze to w momencie, gdy ktoś inny przejedzie znajomego mi psa będę pamiętać, że sama nie jestem „lepsza” i muszę wybaczyć osobie, która zrobiła to samo co ja.

Ale jak ktoś celowo przejedzie mi puchatego kota – już nie przyjdzie to przebaczenie tak łatwo. Osąd będzie się pchał do głowy, że ktoś zrobił coś tak złego z premedytacją i że jest „gorszy”. Nie pomyślimy, że nie jeden raz skłamaliśmy świadomie, zraniliśmy świadomie, manipulowaliśmy świadomie, przeklinaliśmy i tak dalej… Wydaje się nam, że nasze winy są mniejsze i nam je trzeba wybaczyć, bo przecież żałujemy. Ale grzechy nie mają punktacji. I to czy ktoś inny żałuje czy nie, czy zrobił coś według nas gorszego niż my byśmy zrobili, to nie ma znaczenia. Bo przebaczenie to powinna być nasza decyzja niezależna od tego co ani jak dany człowiek zrobił. Jeśli chcemy, żeby ktoś nam przebaczył, że mówiliśmy o nim źle to musimy sami przebaczyć temu, który np. nas oszukiwał i kradł nasze pieniądze.

Jedną z różnic pomiędzy ludźmi a Bogiem jest to, że jak ktoś nas rani to miewamy nadzieję, że dostanie mu się za to nauczka, spotka go kara :) a Jezus będąc na krzyżu prosił Ojca, żeby wybaczył tym, którzy go do tego krzyża przybili :o

Druga sprawa dotycząca przebaczenia to „dolewanie oliwy do ognia” gdy chowa się urazę do kogoś. Powstrzymujemy w ten sposób rozwój duchowy tej osoby i tak naprawdę sami blokujemy jej zmianę na lepsze. „Zło dobrem zwyciężaj” jest nie tylko sposobem na pokorne kształtowanie charakteru, ale też logiczną radą na radzenie sobie z przeciwnościami.

Im więcej wybaczamy, tym większą wolność serwujemy i tym, którzy przeciwko nam zawinili, i – przede wszystkim – samym sobie.

Wybaczając zrzucamy ciężar z naszych serc, co pozwala nam iść dalej i rozwijać się. Nie wybaczając z kolei sami wlewamy gorycz w nasze wnętrza i pozwalamy jej na rozwój i zatruwanie nas od środka.

Im dłużej chowamy urazę, im dłużej pielęgnujemy zranienie tym bardziej zgorzkniali i nieszczęśliwi się stajemy.

Rzeczy, które przynoszą nam radość jest coraz mniej tak samo jak ludzi, którzy spełniają nasze wymagania do bycia przez nas akceptowanymi… albo i na odwrót: ludzi, którzy akceptują takich nas (osądzających i niewybaczających) jest coraz mniej. Nie wszyscy bowiem będą chcieli wspierać nas w nienawiści, albo jak wolelibyśmy to nazywać: w „szukaniu sprawiedliwości”.

Chuda szczapa kontra grube prosie

Jestem w 1100% za promowaniem zdrowego obrazu kobiety – https://mercyformiss.wordpress.com/2015/10/23/w-dzien-matki-napisane/ – dobry tekst. Nie każda kobieta powinna wyglądać jak modelka. Odchudzanie się dla wyglądu nie jest dobre. Nie po to Bóg stwarza człowieka tak jak sobie wymyśli, żeby człowiek potem to poprawiał. Ale co jeśli ktoś już jest CHUDY? Co jeśli ktoś naturalnie, z genów, z urodzenia, całe życie nie przekracza wagi 55 kg?

Zbyt utrwaliła się ta „g prawda”, że kobieta powinna wyglądać jak modelka VS. I chyba przez to jak już ktoś ma ten pożądany przez inne kobiety wygląd – włącza się albo zawiść albo nie jestem pewna co, bo po prostu tego nie rozumiem, może ktoś kto to czyta i jest tą „drugą stroną” mi powie. Komentarze odblokowane.

Co by było jakbym nazwała otyłą osobę „grubą świnią”? Albo zapytała czy wychowała się w masarni? Czy całe życie tylko leży, że taka gruba? Albo bym takim tekstem zarzuciła: „wyglądasz, jakbyś zjadła zapas smalcu całej Rosji”. Nieuprzejmość i brak wychowania to za mało, to by było okropne, bardzo raniące chamstwo! Jakbym tak powiedziała na forum to publika by mnie zjadła żywcem. Jak można tak powiedzieć?

Ciekawe, że ta świadomość ostrego języka przy komentowaniu wagi działa tylko w jedną stronę i tak wielu pozwala sobie określić taką, załóżmy prosto – mnie – „chudą szczapą” śmiejąc się i jeszcze czasem dodając, że to komplement. Chuda szkapa to nie wszystko :) Bywam też wieszakiem, patykiem, patyczakiem, psem… Odpowiadam na pytania ile tygodni nie jadłam albo ile jem posiłków w miesiącu. Pojawiają się też porównania do ofiar obozów koncentracyjnych albo osób chorych na anoreksję czy bulimię. Niezrozumiałe, że tak wiele osób nieznajomych, ledwo co poznanych, zaraz obok „mam na imię Blabla” pozwala sobie na niestosowny komentarz odnośnie do mojej wagi. Ja sama siebie lubię, ale jestem pewna, że jest masa innych chudych szczap, które mogą obecnie być w gorszym miejscu z lubieniem siebie i po usłyszeniu wspomnianych określeń czują się po prostu brzydkie.

10465461_657912570968465_4655553209730432477_o.jpg

Sytuacja ze szpitala Wolskiego – Warszawa – sprzed dwóch lat: przychodzę do szpitala z bólem w klatce i mdleję na miejscu, lekarka przez dobre 15 minut zadaje mi pytania, które mają ją doprowadzić do tego czy jestem zdrowa psychicznie… Ja niestety do domyślnych osób nie należę i zorientowałam się dopiero jak skończyłam opisywanie zupy, którą jadłam na obiad i padło pytanie o rodziców. Błyskotliwie odpowiedziałam: „matka chuda, ojciec chudy, siostry chude i kot chudy. Wszyscy chudzi”, to było to! Otrzymałam upragnione zainteresowanie moją krwią i sercem :))

Są grubi, którzy potrafią żartować ze swojej wagi i są chudzi z podobną umiejętnością. Ani jednym ani drugim dystansu do siebie się nie powinno narzucać. Zatem, następnym razem, jeśli będziesz chciała powiedzieć komuś, że wygląda jak z Oświęcimia, zastanów się co byś poczuła jak ktoś by powiedział, że hipopotam to przy Tobie mrówka :O

Zamiana ŻYĆ vs zmiana RZYCI…

Co jeśli nie próbuje się „zmienić siebie zanim zmieni się ten świat”?

PRETENSJE

Ma się ciągłe WĄTY i nie idzie się z tym do ortodonty jak rym nakazuje, ale do osób, do których się te owe wąty ma. I tłumaczy się im jak to źle robią, jak to zawodzą, jakie to przykre, jakie to smutne, raniące i okropne. Innymi słowami – wylewa się żal za własne niezadowolenie, które wynikło z nienaturalnych oczekiwań: by inni przejmowali się nami tak bardzo jak my sami się nami przejmujemy i by poświęcali nam więcej czasu niż my sobie poświęcamy.

Gdy oczekujemy, żeby inni żyli naszym życiem, tak naprawdę sprowadzamy nieszczęście i na owych „innych” i na nas samych. Nikt nie został stworzony po to, żeby „robić życie za innych„. I jeśli ktoś już się znajdzie taki, kto będzie chciał przeżyć nasze życie za nas, to co my wtedy mielibyśmy z sobą zrobić? Żyć życiem tej osoby, która żyje naszym? Zrobić zamianę żyć? A może wystarczy zmienić rzyć na taką, która się ruszy i zajmie sobą?

SZTUCZNE ZRANIENIA

Zamiast skupić się na tym jacy my jesteśmy wobec innych albo co możemy zrobić dla innych lub / i dla siebie, patrzymy na to jak inni zachowują się wobec nas. Tak bardzo skupiamy się na tym jak ktoś się do nas odezwie, jak popatrzy, jaki ruch w naszą stronę wykona bądź jakiego ruchu nie wykona, że sami tworzymy zranienia, które wychodzą tylko i wyłącznie z naszych przekręconych myśli. Użalanie się nad sobą jak tocząca się kula śniegowa utrwali nam w głowie myślenie, że wszyscy są źli, a my jesteśmy ich biednymi ofiarami.

WIECZNE DZIECI

We wszelkich wspólnotach i kościołach katoli i protestantów, zborników i oborników jakie znam – ludzie skarżą na siebie nawzajem w wierze, że robią dobrze, bo zgodnie z tym co czują (a przecież jak się już jest chrześcijaninem, to uczucia się nie mogą mylić, right?:)


A skarży np. taki Janek, że zranił go Franek,
bo nie pozwolił grać na gitarze, a przecież grał kiedyś w dobrym barze!
I teraz chciałby grać dla Boga, a tu takie wielkie odrzucenie i ogromna trwoga :O

Potem skarży Pani Zosia, że zraniła ją dziś Dosia,
bo „do widzenia” powiedziała tak jakby od niechcenia.

Za nią w ryku biegnie Kaśka, bo śpiewać pieśni nie pozwoliła jej Baśka,
Wprawdzie głucha jest jak pień, ale co by to był za dzień
Bez podważania innych sumień?
Bez zranienia, użalenia, wszelkiego złego wypomnienia?

Zenek wielce załamany, bo miesiąc temu był cały połamany,
a dziś nikt nie zapytał jak się czuje, więc dodatkowo w sercu go kłuje.

A gdyby tak się wziąć w garść,
to za Biblię, to za siebie,
znów za Biblię i za… siebie,
myśleć o tym jak będzie w Niebie,
a nie w jak wielkiej się jest potrzebie
doceniania, koronowania,
niekończącego się obskakiwania…
Dużo łatwiej by się żyło,
więcej zrobić się zdążyło,
lżej by ciężar życia niosło
i duchowo by się wzrosło!

Jak zamieniać zło w dobro – osądzanie innych cz. 1

Ludzie nie chcą źle. Nawet jak robią źle to zazwyczaj robią to w wierze bądź nadziei, że robią dobrze (przynajmniej ja w to wierzę, że nie żyję w świecie pełnym bałwanów z Tabalugi, Gargamelów, Don Pedrów czy Księciuniów). Czasem osądza się, że osoba jest ZŁA, bo popełniła pińcet błędów wobec nas albo po prostu żyła swoim życiem, a my oczekiwaliśmy od niej, żeby żyła NASZYM. Nawet jeśli ktoś kieruje się egoizmem w 99% czynnościach to zawsze będzie ten 1%, który wystarcza, żeby nie móc tej osoby przekreślić. Pierwszy argument to „Bóg kocha każdego i każdemu częściej niż co sekundę daje nową szansę”, drugim jest proste porównywanie naszych słabości – każdy z nas je ma, każdy ma inne -> to, że skaczemy wyżej nie znaczy, że biegniemy dalej -> nie jesteśmy lepsi (szok! :o)

Jak ktoś jest niepunktualny to znaczy, że jest niepunktualny. Nie znaczy, że ma słaby charakter, kiepskie dzieciństwo, nie ułożone priorytety, nie potrafi doceniać, nie zależy mu itd. itd. Może to znaczyć coś kompletnie innego jak np. że robi tak ogromnie dużo dobrego, że mu godzin nie starcza! On może zająć się tym bądź nie. Można takiej osobie próbować pomóc, ale nie można osądzać ani przekreślać, nawet jeśli ta pomoc zostanie odrzucona. Gdy ktoś jest zależny od drugiej osoby to znaczy, że jest zależny. Nic więcej. Może chcieć taki być, a może też próbować to zmienić. Na pewno nie pomoże mu w ewentualnej zmianie czyjś osąd albo odrzucenie. I wtedy zamiast skupiać się na tym co negatywnego wychodzi z owego bycia zależnym, można pomyśleć o dobrych stronach jak może wrażliwość tej osoby, dyspozycja, możliwości, efektywność albo umiejętność dialogu interpersonalnego – dobra komunikacja z tymi, od której osoba jest zależna.

Jak ktoś nie uznaje czyichś metod radzenia sobie z problemami to nie znaczy, że te osoby (które dane metody prezentują) odrzuca albo ocenia jako głupie. To znaczy, że ma swoje wartości i nimi się kieruje. I wtedy dojrzałym jest zaakceptować to. Wówczas właśnie kształtuje się charakter: jak pozwala się innym żyć tak, jak oni chcą żyć. Kiedy nie tylko pozwala się innym mieć swoje poglądy, swój sposób reakcji i swoje granice, ale kiedy się je szanuje i okazuje się ten szacunek. Kiedy ktoś nie pasuje do naszego schematu, nie zgadza się z naszymi wizjami, nie rozumie naszych pasji, zachowań i nie reprezentuje naszego sposobu myślenia – wtedy możemy kształtować nasz charakter. Wydaje mi się, że to są te momenty, kiedy podejmujemy decyzję czy wolimy sami decydować o tym jacy chcemy być, czy wolimy dać się zwieźć emocjom i cofać w rozwoju.

Wygląda jakbym pisała bardzo szeroko, a w sumie to piszę myśląc o sobie i o chrześcijańskich ludziach. Bo często nam się wydaje, że po usłyszeniu 20stu nauczań o tym jak wielką oznaką słabości jest poddawanie się, że poddawanie się wynika z tego i tamtego, że Bóg nie chce, żebyśmy się poddawali itd – otrzymujemy taką oznakę „usłyszałam 20 nauczań o poddawaniu się, więc mogę Cię osądzać, jeśli się poddajesz”. I to samo z innymi słabościami. Przeczytamy kilka książek i zamiast wziąć się za pracę nad sobą wkurzamy się na innych, że nie są tacy jak my byśmy chcieli, żeby byli :)

Gejżeństwo -> Świat pełen Szwecji

Ohohoho było o tym już głośno wokół, a jest głośniej i nadchodzi najgłośniej.

Nie jestem przeciwna ślubom homoseksualnym – ogólnie – jako idea istniejąca w świecie – uważam, że tam gdzie to istnieje to mogłoby sobie zostać i każdy kto chce taki ślub wziąć może sobie tam pojechać, polecieć bądź popłynąć i taki ślub wziąć. Osobiście mnie to nie razi, nawet mogę na taki ślub iść. Ot. Jako, że przyjaźniejszy mi jest procent gejów jakich znam od nie-gejów mi znanych. Jednak jeśli przyszłoby do głosowania i miałabym możliwość oddania mojego głosu, podpisania petycji (tu akurat pewnie była możliwość i pewnie z niej skorzystałam) czy cokolwiek innego podobnego – głosowałabym przeciwko nim. Nie przez śluby same w sobie, które – o ile nie są kościelne – są mi raczej obojętne. Ale przez to, że byłby to pierwszy krok do adopcji dzieci przez takie małżeństwa. Kolejnym krokiem byłoby zawieranie małżeństwa pomiędzy członkami rodziny, a następstwem możliwość nazywania każdego państwa Szwecją, gdzie nastolatki w wywiadach mówią, że „to smutne, żeby mieć tylko jedną mamę i tylko jednego tatę„. W takim autodestrukcyjnym świecie rodzą się – a raczej abortowane są – chore dzieci, rodzice nie tylko są rodzicami, ale też wujkami, co nie wierzę że nawet najsprytniejszy psycholog mógłby usprawiedliwić i obrócić w dobro. Słowo „rodzina” nie ma w takim świecie wartości tak jak „małżeństwo” i proste „mama tata”.

Syndrom człowieka z tv

Po odpowiedniej przerwie od pisania przyszedł czas na wylewanie tego, co przez ten czas się narodziło lub utwierdziło w mej małej małej głowie. Dziś będzie oczywista oczywistość dla głowy, ale okazuje się, że w życiu codziennym nic nie jest oczywiste!

Wreszcie studiuję na Royal Holloway University of London. Wreszcie to, co mnie kręci, Drama and Italian. Uczę się robić przedstawienia i takie tam ciekawe hece. Do tego pracuję: 1 – tak jak lubię – ucząc śpiewu, tańca, jedzenia pomarańca, 2 – tak jak różnie lubię – kelnerkując w klubie golfowym, gdzie członkostwo kosztuje 100 tysięcy funtów rocznie, czyli poznaję świat z kosmosu.

Poznaję tak naprawdę setki światów z kosmosu. Bardzo międzynarodowe otoczenie, wielokulturowość na poziomie „nie wyobrażam sobie, żeby był wyższy”, masa ras, masa religii, masa poglądów i stylów. I tak jak w liście motywacyjnym napisałam, że lubię poznawać ludzi i chciałabym rozumieć wszystkich, tak poznaję bardzo różnych ludzi i słucham ich historii i rysuję sobie mapę zdarzeń w głowie. Muszę się czasami zatrzymywać, żeby nie wyjść „poza linie”, tzn. nie osądzić. A będąc katolem-betonem i polaczkiem-cebulaczkiem to łatwe nie jest :) Jakby się odrzuciło betonowość i cebulaczkowość to może i by było proste akceptować wszystkich wokół. Ale właśnie sęk w tym, żeby trzymając się swojej tożsamości i będąc pewnym tego w co i w kogo się wierzy, nie popaść w osąd. Nie chce się samemu być sądzonym, to niech się nie sądzi innych. Nie chce się być poniżonym, to niech się nikogo nie poniża – nawet w myślach. Im dłużej uczę się kochać tym lepiej rozumiem innych.

Im więcej popełniam błędów – tym bardziej rozumiem jak mała jestem. Obserwuję odwrotny syndrom u – nazwijmy go – „człowieka z tv”. Człowiek z tv chciałby być niezależny od Boga, chciałby sam odnieść sukces, sam się dobrze czuć ze sobą, sam budować dobre relacje, sam stworzyć rodzinę, sam umrzeć i sam się zbawić. Dlatego też człowiek z tv nie uczy się pokory, bo żaden z jego celów nie wymaga uniżenia się i zrozumienia jak słabą istotą człowiek jest. Wiadomo, że cele te są same w sobie niemożliwe i którekolwiek z założeń jest błędne, bo tworzą łańcuch i musiałyby istnieć wszystkie naraz, a po prostu nie mogą. Człowiek z tv nie przejmuje się, że rani innych w drodze po sukces; nie buduje głębokich relacji, bo nie potrafi wyzbyć się egoizmu, bo przecież on napędza wszystkie jego cele. Taka osoba jak popełnia błąd nie pozwala go zobaczyć nawet samej sobie, a ewentualne wnioski tylko wzmacniają jej pychę i ego.

I tak, za każdy razem kiedy robię coś źle albo ktoś robi coś źle względem mnie (to to samo wbrew pozorom) i próbuję dać światu wielkiego kopa w zad, robię wielki zamach nogą i bum – leżę na ziemi. I zamiast przy pierwszej myśli się uniżyć i uniknąć „bum” – dochodzę do tego samego chwilę później. Zamiast żyć przekonaniem, że radość się znajdzie w pokorze i uniżeniu się, wracam do bezcelowego syndromu człowieka z tv.

Jak ten pies.

:)

Musiałam coś palnąć na koniec.

Ludzie nie doceniają

Ludzie nie doceniają.
Nie doceniają czasu, zdrowia, rodziny, znajomych.
Myślą, że wszelka przyjaźń i miłość to coś, co im się należy.
Nie doceniają gdy ktoś jest miły, prawdziwy, czy szczery.
Nie doceniają zainteresowania, tego że ktoś może im pomóc,
ani tego że oni mogą być pomocą.
Są bierni i leniwi przez to, że niczego nie doceniają.
Chrześcijanie też, a nawet bardziej – nie doceniają.
Bardziej, bo wiedzą, że dostali to, na co nie zasłużyli i żyją tylko z Bożej łaski.
Ale tego nie doceniają, chodzą po ziemi jakby byli martwi,
bo… nie doceniają.

Szczególnie się zatem nie różnią się od niewierzących.
Nie doceniają wrażliwości,
ci których ona charakteryzuje są albo niszczeni i odrzucani, albo zmieniani.
Zupełnie jak w bezbożnym świecie,
słaba jednostka musi stać się mocna,
w przeciwnym wypadku zostaje wyeliminowana.
Ludzie z obu tych światów ranią innych myśląc, że robią dobrze,
a ranią dlatego, bo nie doceniają…
Ludzie nie doceniają.

 Po zrozumieniu tego wypada tylko dopić herbatę i iść się powiesić. No, chyba że się chce to zmienić, chociaż na tyle, żeby móc powiedzieć „Ludzie, oprócz mnie, nie doceniają”. I jeszcze jak się jest chrześcijaninem dochodzi kilka innych, ważniejszych powodów ;)

Przeminęło z wiatrem

Przez 3 ostatnie wieczory/noce oglądałam „Przeminęło z wiatrem”. Myślałam, że jestem już ostatnia osobą, która go nie oglądała, ale pytając znajomych w szkołach – dowiedziałam się, że nie.

Obrazek

Na zdjęciu przepiękna Scarlett. Wielki podziw dla twórców filmu za idealny dobór aktorki, której uroda jest ponadczasowa.

Cytaty, które mi się spodobały:
Nie trać czasu. To materia życia
Przepraszam za swą niedoskonałość
Kiedy kobieta jest młoda, chce wyglądać i czuć się młodo
-Ashley: Gdybym poległ.. Scarlett: Nie mów tego, bo to przyciąga nieszczęście! Mów modlitwę.
I, chyba słowa znane równie bardzo co film: Jutro się zastanowię co zrobić, żeby go odzyskać. W końcu jutro też jest dzień.

Film mi się podoba, aczkolwiek nie chcę go oglądać drugi raz.

Love loves to love

Love loves to love and the reward of love is love –
-Miłość miłuje miłować, a wynagrodzeniem za miłość jest miłość :)

(chyba..) Misty Edwards

Piżama party

Oto ma piękna, kochana Lidzia, z którą przyjaźnię się od roku 1994… Chociaż nie mamy nieustannego kontaktu, to jest dla mnie bardzo cennym skarbem i pewnie byłybyśmy całkiem inne, gdybyśmy siebie nigdy nie miały.

No, ale do sedna. Najważniejsze, o czym chciałam powiedzieć to to, żeby się nie przejmować, gdy sandwicher (/toster) się nie zamyka, bo to co spina dwie części się urwało i zginęło.  Wtedy wystarczy wziąć dwa słoiki – jeden z ogórkami kiszonymi, drugi z czarną porzeczką i postawić na nim. I będzie zamknięte odpowiednio. Będzie dobrze.

I jak to na sleepoverze zazwyczaj jest, równie obowiązkowo co prowiant z Biedronki jest i komedia romantyczna.

I, chociaż to nie z filmu, ale jak widać wpis jest o miłości… to spodobało mi się: Woman’s heart should be so lost in God, that a man must seek Him to find her, co znaczy: serce kobiety powinno być tak blisko Boga, że mężczyzna musi szukać Go, żeby ją znaleźć.

Wykład o słowie „kocham”

Twój ruch – Twoja przestrzeń do działania

Nowy portal dla młodzieży twojruch.net jest miejscem wymiany myśli, zainteresowań, wydarzeń itd. Zawiera też dodatek społecznościowy a’la fb dla młodych, którzy poszukują wartości, czegoś więcej od życia.

Inspiracją [do założenia portalu] była książka „Rób trudne rzeczy” Alexa i Bretta Harrisów.

Polecam!

Dziennikarstwo i PepsiCo

Na studiach wielką trudność sprawia mi przestawienie się z trybu 45 min. na 1,5 h. Po godzinie wykładu/ćwiczeń się nudzę, nawet jeśli to, o czym jest mowa mnie interesuje. Więc wtedy:
-przypominam sobie o ludziach, których nie widziałam 5 lat
-myślę o moich ledwo-żywych kwiatkach w pokoju, które pewnie niedobrze zareagowały na zmianę podlewania z: resztek herbat i soków, na: wodę. Jak wyjechałam do Anglii to zapomniałam powiedzieć w domu, że one piją to co ja, tylko już zimne, albo stare. I dawano im przez te 3 mies. zapewne wodę. Więc chyba dlatego tak zdrętwiałe są trochę =)
-zastanawiam się czy zdążę w ciągu życia na Ziemi spełnić chociaż połowę moich marzeń/planów. I dlaczego jest tak dużo ludzi, którzy robią nic? Przecież nierozwijanie się jest 1.000.000.000 razy nudniejsze od wszystkich ostatnich półgodzin wykładów i ćwiczeń razem wziętych!
-rysuję, a poniewóż brzydko rysuję to rysuję brzydko,
-robię głupie zdjęcia…


To krzesło obok mnie, zawsze staram się dobierać miejsce w taki sposób, aby mieć władzę nad dwoma siedzeniami. Na tym leży ma piękna kurtka, fajny ale już pusty kubek, notesik na „co mam zrobić” i mój luzacki zeszyt, gdy już poddałam się z notatkami.

Na innych zajęciach:
Oto puszka. Nawet i ładna, jak na puszkę. Michael się dobrze prezentuje, zaprasza do Londynu nawet. Zeszytem zakryłam logo, tak jak producenci napoju znajdującego się wewnątrz puszki wiele ukrywają…

Początkiem marca tego roku dosyć głośno było w środowiskach chrześcijańskich o zamiarach PepsiCo wy- i produkowania napoju zawierającego komórki nienarodzonych dzieci. W prawdzie nie dotarłby on do Polski, ale istotne jest to, że w ogóle dotarłby do LUDZI. Niektóre artykuły z tamtego czasu… z pierwszej strony google:

http://finanse.wp.pl/kat,1025987,title,Pepsi-wykorzystuje-komorki-z-nienarodzonych-dzieci,wid,14311730,wiadomosc.html?

http://www.polskatimes.pl/artykul/529419,napoj-zawiera-ludzkie-komorki-katolickie-stowarzyszenie,id,t.html

http://wiadomosci.dziennik.pl/nauka/artykuly/382144,bojkot-napojow-pepsi-pepsi-next-ze-slodzikiem-z-komorkami-z-nerek-abortowanych-plodow.html

http://www.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/z-zycia-kosciola/art,9242,komorki-abortowanych-dzieci-w-pepsi-next.html

http://www.fronda.pl/a/do-diabla-z-pepsi,18338.html

http://niezalezna.pl/24801-komorki-abortowanych-dzieci-w-napoju

Wówczas po przeczytaniu ich postanowiłam nie kupować produktów PepsiCo – nie dlatego, żeby nie być kanibalem, ale żeby tego nie wspierać. Na początku było ciężko, zwłaszcza w restauracjach pytając jak ci, którzy niby czują ogromną różnicę pomiędzy Pepsi a Colą – „Czy to jest Coca-Cola czy PEPSI?” Albo „czy to jest Fanta czy MIRINDA?”. Też – nie chodząc z listą przy sobie często się myliłam, albo po prostu nie pamiętałam. Ale myślę, że już wyrobiłam w sobie czujność. Produkty PepsiCo w Polsce to: CheetosPepsiLay’sSunbitesStar ChipsMr. SnackiSolinkiTwistos, Lipton Ice TeaTomaMirinda, Gatorade, 7 UPSchweppesAdrenaline Mountain Dew, SliceGórska NaturaMountain Dew Rockstar. Chociaż podobno ten napój nie został wprowadzony, ja nie zamierzam ich popierać. I chociaż pewnie ich to nie (wz)ruszy, że jakieś dziewczątko z Polski nie będzie jadło ich czipsów – to ja lepiej się czuję i pozwalam sumieniu zająć się innymi rzeczami :)

Mam tam plan bez plam.

Mam nowy plan,
nikt jeszcze nie wie, że go mam.
A, co mi tam
Naprawię ten zepsuty świat
Chociaż na razie wszystko jest nie tak
Ciągle pod wiatr
A idę tak, jakbym po lodzie cienkim szła…